My music is my santuary (początek Katowice Street Art Festivalu)

Dwie mam podstawowe trudności. O Katowice Street Art Festivalu jeszcze nie pisałem.

Dwie mam podstawowe trudności. O Katowice Street Art Festivalu jeszcze nie pisałem. Przez wiele lat moja wiedza na temat malarstwa ściennego ograniczała się do zjawiska pod tytułem Teofan Grek. Później nastąpił przeskok o kilka stuleci – nie bez początkowych oporów – do murali Diego Riviery. Szykuje się kolejna transgresja, przeczuwam ją (bo jeszcze nie potrafię opisać, znaleźć dla niej języka). Drugi kłopot – jak połączyć zjawiska tak odległe jak koncert otwarcia w Hipnozie i wernisaż wystawy Typozine w Galerii Miasta Ogrodów? Taki imperatyw mam, zupełnie bezzasadny – znaleźć jakąś wspólną przestrzeń, poza tym, że oba „eventy” łączy po prostu festiwalowa idea.

Wzornictwo, lub ściślej, zawężając dziedzinę – liternictwo „przechodziłem” już na wydziale reklamy na początku lat 90. Pamiętam jak przez mgłę. Ale mglistego pojęcia nie miałem, czym to liternictwo w istocie jest. Dla wykładowców przedmiotu liczył się tylko sens pragmatyczny. Liternictwo miało służył polskiemu siermiężnemu kapitalizmowi, a my mieliśmy na tym zbić majątek (kiedy czytam, że pierwszymi galeriami dzisiejszych typografików były szkole kible, zastanawiam się, czy nie kończyliśmy tej samej szkoły).

Ale pomiędzy tymi dwoma faktami, studiowaniem reklamy i Subiektywną Wystawą Typograficzną, wydarzyło się coś, czego chyba się nie spodziewałem (nie było to zdarzenie punktowe, ale długa edukacja) - co pozwoliło mi z zupełną naturalnością przyjąć do wiadomości fakt „emancypacji litery”. Nie tylko przyjąć fakt, ale i móc przeżywać samą formę, typograficzne projekty przestrzenne.

Na wystawie Typozine czułem w sposób fizyczny oddziaływanie dwóch porządków – linearnego (szukanie sensu, komunikatywności itd.) i abstrakcyjnego. Tradycyjnego (sięganie do historii wzornictwa – od sztuki arabskiej, po „durerowski” gotyk i runy) i awangardowego (np. prace Kobro i Strzemińskiego, „sztuka uliczna”). Oddziaływanie – to eufemizm. Była to walka żywiołów, do jakiej zazwyczaj dochodzi, kiedy „stary człowiek” spotyka w sobie żarliwego neofitę, który wszystko chce zakwestionować.

Typozine, tak – na wystawę będę jeszcze wracał. Koncert otwarcia już się nie powtórzy. Z jednej strony szkoda, z drugiej – zero żalu. Ani Fifty ni Last Robots wspominać nie będę, to nie moje klimaty. Chociaż nawet „niemojeklimaty” mogłyby stać się moimi, gdyby ktoś mnie do tego przekonał. Supportowanie takich wykonawców jak ONRA musi być wykańczające. Tak to właśnie wyglądało. Didżeje bez krwi, pustki w Hipnozie, prowizorka, opóźnienia, żadnej konferansjerki. Jak ktoś nie kojarzył wykonawców, musiał się domyślać. Ja musiałem. Arnaud Bernard diametralnie przestawił wektory. ONRA, przyznam się, też wcześniej nie znałem. Przesłuchałem wcześniej cały album Chinoiseries. Powiedzieć, że zostałem uwiedziony już pierwszą kompozycją, to nic nie powiedzieć (że pozwolą państwo taki Pilchowy wtręt). Mogłem czekać na występ do samej północy, przeboleć mogłem wszystkie opóźnienia i niedociągnięcia.

Facet po prostu pojechał do Wietnamu i przywiózł stamtąd kilkadziesiąt płyt z lat 60. i 70.. I robi z tego  - bo to projekt ciągle otwarty - magnetyczną, fosforyzująca kompozycję.

Krwi – jak pisał Bułhakow – nie da się oszukać. Muzyki zapewne też. Zresztą jak ktoś przychodzi na występ w trykocie z napisem Music is my sanctuary, to musimy wiedzieć, że coś się dzieje.

„Cały czas powtarzałem moim studentom, źródła waszej sztuki tkwią w waszym życiu”. Jeśli powiedział to Władysław Strzemiński, to właśnie znalazłem ową wspólną przestrzeń.

 

Radosław Kobierski

 


Powrót