Podróż w czasie

Freedom with Us/Wolność z nami

Jakiś czas temu w sieci krążyło zdjęcie budynku dzisiejszej polonistyki z początku września 1940 roku, zapewne wygrzebane przez kogoś z archiwów NAC. Typowy dla III Rzeszy przerost formy. Nazistowskie swastyki, festony i feretrony, karnie ustawione kolumny wojskowe i słynny, socjotechniczny majstersztyk wymalowany gotyckim fontem na banerze, umieszczonym nad wejściem do niedawnego jeszcze gmachu Urzędów Niezespolonych: Ein Volk Ein Reich Ein Fuhrer. Ale dla niniejszego tekstu ważniejsze jest to, co wydarzyło się na tym placu rok wcześniej. Otóż 16 października 1939 roku impreza miała nieporównywalnie większą publiczność i bardziej spektakularną oprawę. Plac pękał w szwach. Tłum sięgał dzisiejszej ulicy Sienkiewicza, na wprost gmachu, który jeszcze nie przepoczwarzył się w siedzibę Polizeipräsidium (nie usunięto jeszcze piastowskiego orła, tylko przesłonięto go swastyką) ustawioną trybunę, przemowom nie było końca. 16 września świętowano Tag der Freiheit. W imię tej osobliwie pojmowanej wolności (Erich Fromm napisał o niej swoją, bodaj, najważniejszą pracę socjologiczną) w tym budynku eliminowano wszystko to, co nie było Ein Volk i nie należało do Ein Reich. A po wojnie – tych, którzy zagrażali bezpieczeństwu PRL.

Plac Sejmu Śląskiego widział też tłumy podczas obchodów 1-majowych, całkiem niedawny protest mieszkańców Kato przeciw nocnemu procedowaniu ustaw i zawłaszczaniu TK oraz drugi w historii miasta Marsz Równości.

Trzydzieści lat po pierwszych wolnych wyborach zebraliśmy się nie po to, żeby protestować, ani słuchać politycznych agitatorów. Uczestniczyliśmy w wydarzeniu muzycznym, które niczym klamra miało spiąć tamtą przeddemokratyczną, totalitarną rzeczywistość i koniec drugiej dekady XXI wieku. Zapyta ktoś, okej, ale czym niby miały się tamte i te, dzisiejsze wolności różnić? Czy w 1939 roku część Śląska nie oczekiwała na wciągnięcie do Heimatu? Czy PRL nie przedstawiał aby całej Europy Środkowej i Wschodniej jako ostoi wolności (tak jak to dzisiaj obóz rządzący również próbuje robić) a całego Zachodu jako kapitalistycznej przestrzeni zniewolenia i rozpadu? Otóż zasadnicza różnica między dzisiejszym świętowaniem wolności a tamtym politycznym spektaklem polega na tym, że dzisiaj ludzi nie prześladuje się ani nie wsadza do więzień za przekonania polityczne, wyznawaną religię ani kolor skóry.

SBB, który w 1977 roku, jeszcze w RFN nagrał materiał „Follow my Dream”, odtworzony kilka dni temu w na placu Sejmu Śląskiego, wypatrywał tej nowej, otwartej linii horyzontu. Przeczuwał ją. Wypowiadał zakazane słowo jak litanię lub mantrę. Dzisiaj nie musimy tęsknić za swobodą wyrażania myśli i przekonań, możemy te wartości bezpiecznie, w spokoju celebrować. Co oczywiście nie znaczy, że wolność jest dana raz na zawsze. W niezwykłym materiale muzycznym w sposób równie niezwykły zrealizowanym podczas wydarzenia Wolność z nami/Freedom with us było miejsce i na afirmację, i na tę zasadniczą wątpliwość. Tischner swego czasu pisał o nieszczęsnym darze wolności, ale jest to przede wszystkim dar kruchy. Nie wiem - bo nie dyskutowałem o moich wrażeniach ze znajomymi po koncercie - czy młodsi odbiorcy tej muzyki, tego projektu, podzielali tę refleksję. Czy dzisiejsi trzydziestolatkowie widzieli i słyszeli cokolwiek poza współczesną aranżacją ulokowaną gdzieś na linii czasu, w przebiegu historii muzyki. Mniejsza o to. To też przecież efekt trzech dekad życia w wolnym państwie, że można uwolnić się i żyć bez ciężaru historii. Bez tych wszystkich narodowych upiorów.

SBB cały koncert zagrał w swoim dawnym (i dzisiejszym) składzie, ale wspierały go gitary i głosy świetnie znane rock’n’rollowej, bluesowej a także hip-hopowej publiczności. Sebastian Riedel, cały w błękitach (trykot, włosy i gitara) otworzył koncert wokalnie utworem „Freedom with us”, potem gdzieś przepadł. Maciej Lipina zaśpiewał kawałek tytułowy, wcześniej jeden z utworów z płyty przekalibrował hiphopowo Abradab. Cały czas, gdzieś z tyłu docierał do nas wokal Józefa Skrzeka. Nie przypominał już, rzecz jasna, tej mocy i barwy, która objawia się na nagraniu studyjnym i do złudzenia przypomina wokal Freddiego Mercurego.

Instrumentalnie cały ten materiał został zaaranżowany i wypadł po prostu znakomicie, miał w sobie coś z wielkich koncertów, które swego czasu przeorały muzykę. I jej słuchaczy. Wsłuchując się w kapitalną grę Nowaka, Antimosa i Gałacha (skrzypce elektryczne), w ich pracę solową jak i zespołową, w momenty, w których kompozycje osiągały swoje apogeum, angażując moc wszystkich instrumentów (np. fragmenty Going Away), miałem z tyłu głowy (i serca) „The Wall” Pink Floydów. Może na płycie tego tak nie widać (i nie słychać), ale wierzcie mi państwo, że zespół pomnożony o skrzypce Jana Gałacha i gitarę Andrzeja Nowaka był w stanie to zrobić. Naprowadzić bezpośrednio na tę analogię. Na próżno też w materiale zarejestrowanym przeszło czterdzieści lat temu szukać perkusyjnego dialogu, jaki nawiązał się między bębnami Jerzego Piotrowskiego i Apostolisa Antimosa. Takie rzeczy dzieją się wyłącznie na koncertach.

Skoro już zacząłem od historii, pozwolę sobie również na historii skończyć. W tym samym 1939 roku na pl Sejmu Śląskiego miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, tuż przez wtargnięciem Historii. Był to koncert Jana Kiepury. Muzyka w tym miejscu rozbrzmiewała wyłącznie w czasach wolności. 


Powrót