SZEMA POLIN

My/Wy Katowiccy Żydzi

Loże Bnei Brith i Concordia, hotel Welt, Pałac Goldsteinów, pierwsza i druga synagoga, młyn Fieldera i Glasera, mykwy, Talmud Tora, szkoła hebrajska i szkoła im Berka Joselewicza. Dom Henryka Sławika i noblistki Marii Goeppert-Mayerowej. Cmentarz na Kozielskiej. Tak wygląda fragment istniejącej i niewidzialnej mapy Katowic (niewidzialnej topografii miasta określenia Włodzimierza Goldkorna). Archiwa miejskie, a tym bardziej pamięć ludzka nie są zbiorami nieograniczonymi, prawo entropii jest nieubłagane, nawet jeśli znajdują się ludzie i instytucje, które próbują temu prawu stawić opór. Miasto, w którym żyjemy, jest w zasadzie wielkim żarłocznym palimpsestem, trzeba dokonać sporego wysiłku, żeby przeniknąć do niższych, głębszych warstw i móc je odczytać. Prawdę mówiąc, nie jestem pewien, czy jest to ruch ku jakiemuś dołowi – w tym regionie i miejscu byłby to ruch zupełnie naturalny – może wszystkie znaki, te którym mami nas współczesność i te nadpisane znajdują się na jednym poziomie, są równoległe wobec siebie. Wystarczy zetrzeć gęsty kurz znajdujący się na witrynie, na której ktoś napisał REMONT, żeby wejść do innego wymiaru. W wersji graficznej można to, o czym piszę, przedstawić za pomocą slasha albo lustrzanego odbicia. I ktoś to zrobił. Tak właśnie wygląda logo, identyfikacja wizualna wydarzenia, w którym nie tak dawno uczestniczyliśmy.

„My/Wy Katowiccy Żydzi” wpisuje się w instytucjonalną, ale i oddolną inicjatywę od lat już obecną w wielu miastach regionu i najbliższego naszego sąsiedztwa. O krakowskim Festiwalu Kultury Żydowskiej wiedzą chyba wszyscy. Tradycja polskiego sztetla jest generatorem spotkań wokół kultury żydowskiej i polskiej w Lelowie (Festiwal Ciulim/Czulent) i Szczekocinach. O ile ten pierwszy musiał z pewnych ambicji zrezygnować (wciąż jednak zachowując wielokulturowy charakter), festiwal szczekociński i publikacje mu towarzyszące (m.in. krakowska Austeria) to poważne wydarzenia zogniskowane wokół mikrohistorii i historii ratowniczej. Obie inicjatywy łączy jedna osoba - Mirosław Skrzypczyk. Nauczyciel, polonista a zarazem historyk, pedagog i społecznik, lider dialogu polsko-żydowskiego w regionie, laureat Nagrody Ireny Sendlerowej. Jeśli jeden człowiek tyle może, to jaki efekt uzyskamy, jeśli zaangażujemy – jak to się stało w przypadku Katowic – władze miejskie, media i instytucje kultury? Tym bardziej, że odzew ze strony mieszkańców miasta przerósł wszelkie symulacje i oczekiwania. 

Potencjał jest znaczny. Sto pięćdziesiąt osób – licząc ostrożnie – zebrało się przy siedzibie Gminy Żydowskiej na pierwszym spacerze, który poprowadził Paweł Graja. Przeszkadzało wszystko: upał, uporczywe reklamy Skarbka (który nadpisał Delikatesy Boryńskiego a idąc w głąb czy wszerz – pierwszą karczmę żydowską w Kato) i głośne tramwaje. Niewiele mniej chętnych zapisało się na spacer niedzielny, nad którym pieczę sprawowała Zofia Kusztal, archiwistka a zarazem kuratorka wystawy „Synagogi Katowickie”. Liczba zgłoszeń stale rosła, więc z jednego przewidzianego w programie spaceru zrobiły się trzy. O ile Paweł Graja wybrał szlak bardziej spektakularny, czy może ikoniczny dla obecności Żydów w Katowicach, Zofia Kusztal zorganizowała trasę mniej oczekiwaną, ale bliższą „żydowskiego krwioobiegu”, bliższą codzienności życia w przemysłowym i wielokulturowym mieście. Dowiedzieliśmy się, gdzie znajdowała się żydowska mleczarnia i przedszkole, pracownie gorsetów i sklepy koszerne, księgarnia i warsztaty rzemieślnicze. Kuratorka wykorzystała również historie i anegdoty z przedwojennej, lokalnej prasy oraz fakty z dokumentów urzędowych. Dziesiątki zainteresowanych brały udział w rodzinnych warsztatach plastycznych (Hamsa) Julii Krzyśków i lekcjach hebrajskiego, które poprowadził Wojciech Ciuraj z Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w Gliwicach. Pełną frekwencję zgromadziły dwa wydarzenia muzyczne. Występ Sylwka Szwedy w kompletnym, rodzinnym składzie odbył się w Strefie Centralnej i dość luźno, przynajmniej na początku nawiązywał do programu. Owszem, temat pojawiał się w opowieściach o synagodze, translacjach z polskiego na hebrajski i odwrotnie, ale instrumentarium (gitara klasyczna, harmonijka, perkusjonalia) i repertuar raczej kojarzył się z bluesem i piosenką studencką niż tradycją klezmerów. Później okazało się, że standardy klezmerskie i pieśni żydowskie takie jak Havana Nagila, Ajde Jano, Miasteczko Bełz można grać bez przypisanych im tradycyjnie skrzypiec i klarnetów, ba – nawet bez tradycyjnego aranżu – i wychodzi to tylko z korzyścią dla tych utworów. Inny charakter miał występ Kwartetu Piotra Steczka i Uriela Hermana w Rialcie. Zostawiliśmy za sobą zaklęty krąg nostalgii, polsko-izraelska kooperacja muzyczna to już było dzieło współczesne, w którym wybrzmiewała zarówno tradycja jazzowa (w jakimś wymiarze bliska stylowi Keitha Jarretta) jak i klasyczna. Uriel Herman zagrał dwie własne kompozycje „Winter Light” i „The was a Time”, Kwartet Steczka – aż cztery, długą i wspólnie zaaranżowaną „Rapsodię”, oraz „Favelę”, „W Zamyśleniu” i „Hello, Hello”.

Bardzo ważnym elementem My/Wy był blok wizualny. W dwóch galeriach IKKMO zostały otwarte wystawy, zupełnie różne w swoich charakterze i wymowie, oraz ilościowym i jakościowym wymiarze: Na ekspozycję „Katowickie synagogi” złożyło się przeszło dwadzieścia wielkoformatowych wydruków, które przedstawiły archiwalne dokumenty, piśmienne i fotograficzne kluczowych dla topografii Katowic miejsc związanych ze społecznością żydowską, w znacznej mierze – dotyczących przestrzeni kultu ale i również z budynków użyteczności publicznej zaprojektowanych przez rodzinę Grunfeldów. „Oczy niebieskie – życie królewskie, oczy czarne – życie marne” to z kolei tytuł dyptyku, który w Galerii Pojedynczej przestawiła Krystyna Piotrowska, wieloletnia kuratorka Projektu Próżna. Pracę Piotrowskiej przedstawiającą podwójny portret matki – w wersji semickiej i aryjskiej - cechuje skrajny minimalizm, ale to właśnie ta forma (i treść, którą komunikuje) oddziałuje najmocniej. Oto Derridiański szibbolet – w micie biblijnym różnica w artykulacji głoski decydowała o życiu lub śmierci. W czasach nowożytnych stał się nią kolor oczu. Tą dyskretną nicią obie wystawy w IKKMO zostały ze sobą powiązane.

W sali 211 odbyły się trzy wykłady niezwykle ważne dla objaśnienia wielokulturowej historii miasta ale również opowiadające losy katowickich i szerzej – górnośląskich - Żydów w perspektywie mikrohistorycznej. Simo Muir zrelacjonował powikłane tropy, które naprowadziły go na temat swojej książki „No more letters from Poland” i opowiedział o tragicznych losach jej bohaterów, wykorzystując do tego celu listy (i fotografie), które krążyły między Polską (Zagłębie, Koziegłowy, Żarki) a Finlandią. To historia, która rozgrywa się między miejscem straceń a wolnym światem, który już wie (prasa helsińska wiedziała, czym w istocie są „obozy pracy”), historia o Zagładzie i o ocalonych, którzy po wielu latach próbują się skonfrontować z traumą przeszłości. O zajętych mieszkaniach i ulicach. Spotkanie z Włodzimierzem Goldkornem, autorem „Dziecka w śniegu” poszerzyło kontekst żydowski na Śląsku o lata powojenne, a w szczególności o perspektywę marca 68.  Niedzielne popołudnie otwarły dwa panele dyskusyjne, pierwszy z udziałem środowisk żydowskich oraz instytucji zajmujących się dziedzictwem żydowskim na Śląsku i drugi – bodajże najważniejszy – o roli/pozycji kobiet (Zuzanna Hertzberg i Gabi von Seltmann) w procesie historycznym (m.in. wobec Shoah) i tożsamościowym.

Co ważne – bo przecież to nie pierwsze wykłady czy konferencje na temat przeszłości miasta – dotarło do mnie wyraźnie, że bez opisania i przedstawienia losów rodzin żydowskich w Katowicach, ich wpływu na rozwój miasta (kulturowy, ekonomiczny i przemysłowy), każda próba opisu i syntezy będzie niepełna. Niepełna w rażący sposób. Jesteśmy zgodni co do tego, że kultura Galicji i Kongresówki w dużej mierze kształtowana była przez sztetl i ruch chasydzki, zgodni co do tego, że industrialną Łódź i wielkomiejski pejzaż Warszawy w dużej mierze tworzył zasymilowany ale również konserwatywny żywioł żydowski. Ale nie nawykliśmy raczej do przypisywania jakieś znaczącej roli Żydom zamieszkałym w Katowicach. Być może dlatego, że wymyka się ten obraz roli stereotypom i rdzennie polskiej nostalgii (w istocie wykoślawiającej rzeczywistą historię sztetla). Z pewnością z powodu przynależności katowickich Żydów do kultury języka niemieckiego (warto jednak zwrócić uwagę, że po powstaniach śląskich nastąpił ogromy przepływ ludności żydowskiej na tereny administracyjnie niemieckie i odwrotnie – z terenów byłej Kongresówki do polskich już Katowic) a po wojnie – przynależności do struktur komunistycznych.

Wydaje się, że po tym trzydniowym, spektakularnym wydarzeniu nie ma już odwrotu. Należy o tym dalej mówić. Nie tylko z powodu olbrzymiego zainteresowania tematem, ale również – z drugiej strony – w związku z antysemickimi wypowiedziami i hejtem, który rozlał się w sieci w związku z organizacją tego projektu (zamknięcie Gminy Żydowskiej dla odwiedzających ze względów bezpieczeństwa przez ABW to nie przypadek ale pokłosie nieodpowiedzialnej polityki historycznej i politycznej polaryzacji). Może z czasem uda się przemeblować mentalność. Albo przynajmniej odnowić miejsca szczególne dla naszej kulturowej koegzystencji i pamięci. A już na pewno uchronić przed dewastacją (cmentarz na Kozielskiej). Bierzmy przykład nie tylko z Krakowa, ale również Tarnowa i Warszawy. 


Powrót