Żarty na serio

Na brak bajek nie musimy narzekać...

Na brak bajek nie musimy narzekać. Są w kraju i świetnie prosperują całe wydawnictwa targetowane na najmłodszego czytelnika. Bajki są pisane, popularyzowane i tłumaczone
z języków obcych. Ogromną część tego zbioru stanowią dzieła narracyjne i reedycje utworów wierszowanych klasyków: Tuwima, Brzechwy, La Fontaine’a, Fredry czy Krasickiego. Ale prawdą jest również, że wśród pisarzy współczesnych (XXI wiek), którzy odwołują się wprost ezopowej tradycji bajki XVIII wiecznej (Krasicki), „zwierzęcej” do niedawna znaleźć można było tylko jeden przykład. W 1997 roku nakładem nieistniejącego już dzisiaj wydawnictwa „Pomona” Adam Wiedemann wydał „Bajki zwierzęce (2 wyd. Biuro Literackie 2002). Miałem przyjemność recenzować ten tom na łamach krakowskiego „Studium”, teraz – dwadzieścia dwa lata po tamtym wydarzeniu - przypada mi w udziale kolejny taki literacki gest, równie wielkiej urody i równie osamotniony w pisarskim panteonie.

Te dwa fakty wydawnicze i edycyjne (tu w odniesieniu do „Wierutnych bajek” Leonarda Neugera) łączy więcej niż dwie dekady i metryki ich autorów. Oczywistym powiązaniem jest wybór konkretnego i zapomnianego literackiego gatunku i zastosowana strategia. To ten sam świat filozoficznego studium w detalach, ten sam ładunek ironii – absolutnie nienacechowanej skłonnością do dydaktyzmu, raczej życzliwie przyglądającej się swoim bohaterom, ich troskom i słabościom. Wspólny dla obu lektur jest również zaprojektowany w nich czytelnik. Bajki zwierzęce wykorzystują konwencję, żeby przemówić do odbiorcy dorosłego (chociaż - mówiąc Gombrowiczem - podszytego dzieckiem). Mniej oczywistym ogniwem, który łączy obu pisarzy  – wszak nie każdy musi o tym wiedzieć – jest sam Kraków. Miejsce – boję się użyć tego stwierdzenia, ponieważ nosi znamiona nadużycia – formujące autorów i ich stosunek do tradycji literackiej.

Nie miejsce tu ani na komparatystykę ani nawet szczegółową relację z lektury, wszak „Wierutne bajki dla dorosłych dzieci” doczekały się dwugłosu w „Śląsku” (Ewa Bartos i Piotr Zaczkowski), i dublowanie tego faktu nie miałoby najmniejszego sensu. Zachęcam do czytania i do własnych przemyśleń, tym bardziej że książka – jak przystało na krakowską Austerię – to edytorski majstersztyk. I efekt wieloletniej współpracy autora z malarką i ilustratorką Marią Hordyj-Jönsson (ten świetnie zgrany tandem objawił się już w szwedzkim numerze Dekady Literackiej w 1993 roku i przy okazji przekładu wierszy Carla Michaela Bellmana na język polski).

Leonard Neuger – tłumacz Tomasa Tranströmera, przewodnik po meandrach poezji szwedzkiego noblisty i jego przyjaciel – od kilku lat współtworzy bezprecedensowe wydarzenie literackie – „Dni Tranströmerowskie” - i stale gości w Krakowie i Katowicach. Użyłem sformułowania „precedens”, bo żaden obcojęzyczny poeta – nawet bliższy „polskiej duszy” i językowi ojczystemu nigdy nie stał się bohaterem takiej akcji popularyzatorskiej i krytyczno-naukowej w kraju. Wcale więc nie dziwi, że spotkanie promocyjne wokół książki Leonarda Neugera odbyło się w tej samej przestrzeni (IKKMO) i wykorzystało tę samą strategię – połączyło Kraków i Katowice, potencjał krytyczno-literacki (prof. Marian Kisiel) i teatralny (prof. Jerzy Trela). A także – skoro już Katowice są Miastem Muzyki UNESCO – muzykę (Elżbieta Ziarnik przy fortepianie). Nie jestem fanem łączenia muzyki klasycznej z poezją, bo to temat wielokrotnie już ograny. I trąci patosem. Ale muszę przyznać, że repertuar – zwłaszcza Scarlatti i Rameau – został do opowieści o bajkach i samych bajek interpretowanych przez Jerzego Trelę dobrany bardzo starannie. Nie mam na myśli wyłącznie prostej (homofonicznej) i łatwej (pozornie) formy muzycznej, nieco nawet frywolnej, ale wyraźną, przedromantyczną cezurę zaznaczoną w tym repertuarze. To granica również istotna dla „Bajek” Leonarda Neugera.

Co najważniejsze, spotkanie w IKKMO nie miało lub miało w bardzo niewielkim stopniu charakter akademicki czy też branżowy. Zajrzeliśmy, owszem, zarówno do kuchni (warsztat poetycki: rytm muzyczny, literacki agon, tradycja gatunku) jak i na głębokie zaplecze, jeśli potraktować je na sposób psychologiczny jako przestrzeń intymną i skrytą (na kwestię budzenia w sobie dziecka, dziecięcego zdziwienia światem nawet autor bajek odpowiedział trochę wymijająco, twierdząc że bardziej go interesował duch polskiej bajki z jego niebezpiecznym protekcjonalnym moralizmem), ale ten dyskurs nie zdominował autorskiej opowieści dyskretnie oscylującej między anegdotą i autoironicznym komentarzem. Między powagą a humorem. Wszak na tej opozycji powinna być zbudowana każda dobrze napisana bajka. Okazało się, że opowieść o niej, snuta przez jej autora może posiadać te same cechy. Jednak pytanie o dydaktyzm, które trochę zawisło w próżni, pytanie które zadał sobie Leonard Neuger na samym początku pracy nad „Bajkami wierutnymi”, ma fundamentalne znaczenie nie tylko dla samego gatunku, który wymiera na naszych oczach, ale jak się wydaje, również dla naszej tożsamości. Warto byłoby prześledzić wpływ owego protekcjonalizmu – zwłaszcza w okresie romantycznym i nie tylko ewokowanego w bajkach; jest on wszechobecny niemal w każdej dziedzinie życia społecznego i kulturalnego – na rozwój polskiego ducha, a w zasadzie na cały system ograniczeń, któremu ten duch na przestrzeni wieków uległ. Gdybym chciał być złośliwy (i właśnie na wyżej wymieniony sposób protekcjonalny) zakończyłbym ten krótki szkic cytatem z Leonarda Neugera (który robi aluzję do Goethego): „Cytryna tam nie dojrzewa,/za to ogórek śpiewa”. Zmanipulowany przekaz to również rekwizyt źle pojętego dydaktyzmu. Ale pewnych rzeczy, mając już wiedzę, którą przynoszą bajki – owe śmiertelnie poważne żarty, żarty na serio – robić, pisać już po prostu nie wypada. 


Powrót