Kolebki i złoża czasu
W pierwszy poniedziałek lutego Śląska Scena Literacka wystartowała z nową playlistą i w nowej lokalizacji, wcale nie tak odległej od Black Woolf Cafe. Można powiedzieć, że przenieśliśmy się na drugą stronę ulicy, zyskując zdecydowanie więcej miejsca, życzliwość właścicieli Piątego Domu, Lynchowski look (sala lustrzana z czerwonymi storami), nowych gości na widowni i subtelne jazzowe aranżacje w tle. Jeśli ostatnie dwa spotkania w Black Woolfie charakteryzowały się pewną schyłkowością (nie wiem, czy to wina poezji czy listopadowo-grudniowych melancholii),
to w Piątym Domu doświadczyliśmy odbicia i frekwencja naprawdę dopisała. Chciałbym też wspomnieć o nieoczekiwanej dla nas wszystkich, spontanicznej sytuacji – zaraz po oficjalnej części spotkania zorganizowało się pierwsze w historii SSL koło dyskusyjne, w którym – a jakże – dominował temat śląski i sprawy śląskie.
Na lutowe spotkanie zaprosiliśmy Katarzynę Zając i Piotra Tenczyka, twórców nagradzanych, mających na swoich kontach po kilka książek i pojawiających się na festiwalach literatury na Śląsku. Dzieli ich w sensie biograficznym osiem lat, ale debiuty przypadają na tę samą dekadę („Pęknięcia” Zając w 2011 i „Wiersze o Ludziach” Tenczyka w 2013). Integralnym elementem niemal wszystkich publikacji Piotra Tenczyka oraz przedostatniego tomu Katarzyny Zając „Starodrzew” jest fotografia autorska. Tenczyk wycelowuje swój obiektyw w melancholijny i postindustrialny pejzaż Górnego Śląska ale interesują go również przedmioty codziennego użytku i codziennego spojrzenia, które mają potencjał abstrakcyjny, czasem nawet formistyczny. Jego dwie książki: debiutanckie „Wiersze o ludziach” oraz „Poemat o czasie przeżytym” to dzieła, par excellence, autorskie. Skomponowane graficznie i tekstowo przez autora (czuwał również nad składem
i łamaniem).
Autorkę „Starodrzewu” i „Kolebki” interesuje przede wszystkim przyroda: jest poetą
i fotografką przyrody – w obu przypadkach stosuje zmienne optyki: szeroki kąt i makro. Przy czym Katarzyna Zając nie jest poetką przyrody, która odtwarza romantyczne czy postromantyczne klisze i strategie. Owszem, widzimy je, ale nie w nadmiarze. Dominuje jednak spojrzenie oświecone, wyczuwalny w tej poezji jest świadomy opór przeciw antropomorfizacjom. Rozumiem w to w ten sposób, że chociaż Katarzyna Zając wykorzystuje mity i symboliki kulturowe, związane z narracjami antropocentrycznymi, to stara się jednak traktować naturę równorzędnie, a nawet dowodzi, że to ona jest źródłem poznania.
Poezja Piotra Tenczyka oscyluje wobec problematyk z wielu obszarów. Jest mocno skupiona na tu i teraz, zarówno w ich wewnętrznym i zewnętrznym wymiarze, ale również stara się wychylać
w przeszłość – szukając tam biograficznych nici i odpowiedzi na współczesność. Cztery cechy charakteryzują ją w sposób szczególny: polemiczność, dygresyjność, rozliczeniowość, transgresyjność. Ta ostatnia również rozumiana w sposób wielowymiarowy, dotyczy bowiem nie tylko przekraczania granic czasu, ale również przepływów miedzy obrazem i tekstem, kwestii tożsamościowych i definicyjnych (np. dotyczących ról społecznych, w szczególności: męskich).
Z czym/z kim polemizuje Piotr Tenczyk? Przede wszystkim z naszym doświadczeniem czasu – jako pewną strukturą zamkniętą i nieodwołalną. W „Poemacie o czasie przeżytym” chodzi przecież o zasymilowanie i włączenie do własnej biografii czasu przodków. Przeżycie nie oznacza oczywiście bycia-w-tym-samym-czasie ale uczestnictwo emocjonalne. Zrozumienie powiązań, uwarunkowań i ograniczeń, które składają się na wewnętrzne rodzinne dynamiki. I podejmowane przez ich członków decyzje.
Tenczyk polemizuje również z predylekcją współczesnej kultury do organizowania sobie stref komfortu – w rzeczywistości, która już od dawna zajęta jest ogniem (Zaścianek), nieledwie apokaliptycznym. Idąc tropem Rene Girarda moglibyśmy uznać, że apokalipsa dzieje się tu i teraz, ale nie widzimy jej, bo zajęci jesteśmy naszymi ogródkami i sprawunkami. Ostrze krytyczne wymierza również we współczesną poezję, ściślej rzec ujmując w poetki i poetów, którzy jego zdaniem, opuścili swoich czytelników, zagmatwali to co jest proste, zatuszowali metaforami to,
co jest zwyczajne. W jakimś wymiarze ta diagnoza współgra z kierunkiem emancypacyjnym, który wyznacza sobie bohater tej poezji – wyjście z uwikłań kulturowych, ról i funkcji społecznych, iluzji na temat życia i twórczości ku praktykowaniu życia w jego naturalnej, surowej złożoności
i prostocie, na własnych warunkach. Subtelna anarchia trochę przywołuje na myśl „Walden” Henry’ego Davida Thoreau. Ale też – niestety – jest wyłącznie praktyką iluzji.
„Kolebka” – ostatni tom poetycki Zając, spotyka się z twórczością Tenczyka w tych miejscach: kiedy jest mowa o emancypacji (w jej źródłowej przestrzeni feministycznej) i biograficznej.
A zarazem rozchodzi. „Kolebka” jest wielogłosową wariacją na temat własnej biografii i pochodzenia, bada związki między kobietami z wielu pokoleń, przepływy traumy i zobowiązań, przemoc zdeponowaną w języku i próbuje znaleźć wyjście z tego zamkniętego kręgu. Te wiersze w sposób bardzo świadomy formułują nie tyle oskarżenie, ile kształtują postawy oporu wobec faktu kulturowych, mitologicznych czy religijnych form uprzedmiatawiania i zawłaszczeń (ucieleśnionego m.in przez popkulturowe ikony oporu: Ronyę czy Pippi Pończoszankę, ale również kobiety wyzwolone z jej, autorki rodzinnych „narzuconych” biografii).
Równie ważne w tych wierszach jest ujawnianie rozdarcia między tym co ucywilizowane, kulturowe a biologiczne. Katarzyna Zając wskazuje, że to rozdarcie jest źródłem cierpienia. Proponuje tożsamość co prawda opartą na archetypie (logos/physis), ale już po jej przekształceniu, to znaczy po usunięciu z tego schematu ulokowanej w niej bierności, stanu oczekiwania. Jeśli chcemy być bierne, zdaje się mówić poetka, bądźmy świadomie bierne. Nade wszystko jednak działajmy, bądźmy aktywne, szukajmy swoich supermocy. Oznacza to jednak,
że musimy przejść przez wszystkie stadia uświadomionej krzywdy. Innej drogi po prostu nie ma.















