Maciej Hen siedzi w fotelu

Gdzie płyniemy? Do morza łez i oceanu rozpaczy.

Śląska Scena Literacka. Spotkanie z Maciejem Henem

Niech nas jednak nie zwiedzie ten jednoznacznie pesymistyczny ton dialogu z „Wrzeciona czasu”, który prowadzi Cembrzyńska z Kondratiukiem. Oni się z nami, widzami, zawsze trochę droczyli.
Iga nieco mniej – nienawidziła grać „stare baby” w filmach męża, Andrzej w pełni, otwarcie. Grał, udawał, że gra, kpił, ironizował na potęgę, zawsze kiedy chodziło o kwestię czasu. Ale też, musimy przyznać – jak nikt potrafił opowiadać o życiu, trwaniu, medytacyjnej uwadze nad chwilą. Nawet jeśli podpisałby się pod myślą Leszka Kołakowskiego, że życie zawsze kończy się katastrofą. Nawet, a może zwłaszcza.

Tak samo Maciej Hen, kolejny gość tegorocznej Śląskiej Sceny Literackiej. I chociaż refleksje wanitatywne nie pojawiły się podczas rozmowy z pisarzem, to przecież śledząc losy bohaterów jego powieści, pierwszo ale i drugoplanowych, oraz wmyślając się w otwarte zakończenia, w zawieszone głosy – wszędzie tam, gdzie kończy się jakaś baśń, dało się wyczuć, że przenika ona świat przedstawiony. Vanitas. Jak grawitacja przenika czas.

 

Więc również Maciej Hen z nami, czytelnikami się droczy, bo jednak rozpina nad naszymi głowami różne parasole ochronne, uwodzi słowem, myślą i zadbaniem o naszą wyobraźnię, nie jest tak zgorzkniały (nawet jeśli to zgorzknienie zagrane) jak Kondratiuk, a nawet częstuje nas pomarańczami na tratwie, na której wszyscy płyniemy. Nie wiadomo, dokąd. Choć zarazem wiadomo. Rozbitkowie z epoki dzieciństwa, z epoki końca historii, którą łudziła nas nowoczesność. Te pomarańcze nie mają dzisiejszego, powszechnie płaskiego smaku dostępnego w każdym dyskoncie. One smakują jak pomarańcze z czasów kryzysu – dostępne raz na rok przed świętami po wystaniu w stumetrowej kolejce. Ale jednak spożywamy je na tratwie. Gorzka pigułka. Gorzkie zioło, maror (z żydowskiego pesah). Żebyśmy pamiętali o niewoli czasu.

Maciej Hen jest pisarzem w Polsce szczególnym, który z jednej strony zaufał (i wciąż ufa) klasycznej opowieści, z drugiej strony z powodzeniem wprowadza pewne gry w obrębie gatunków i narracji, nade wszystko reanimuje formy literackie, nieco już zamierzchłe i porzucone – jak powieść szkatułkowa („Solfatara”) czy epistolarna („Segretario”), zderza ze sobą „jednostki” autobiograficzne, reportażowe, dygresyjne, historyczne (z takim np. subgatunkiem jak kalendarium). Zawsze widać w tych działaniach cel, przemyślaną konstrukcję, „wybitne kompetencje w dziedzinie zarządzania bohaterami” – jak to określił jeden z recenzentów powieści „Deutsch dla średniozaawansowanych”. Mniejsza o kompetencje, wszak mamy do czynienia
z pisarzem i profesjonalistą w swoim zawodzie. Jednak zarządzanie bohaterami, ich losami, relacjami, referencjami w ten sposób, żebyśmy nie widzieli w nich kolejnych papierowych herosów i heroin, kolejne literackie pałuby, żebyśmy poczuli z nimi żywą więź – to rzeczywiście sztuka.

Spotkanie w Piątym Domu zaczęliśmy od „Segretaria”, książki z 2023 roku, którą powrócił Hen do tematów historycznych i nieco awanturniczych (nawiązuję tu w sposób szczególny do opowieści o siedemnastowiecznym Neapolu). Wielu komentatorów zwracało uwagę na analogie do „Rękopisu znalezionego w Saragossie”; warto zaznaczyć, że „Segretario” również odwołuje się
do arcydzieła Potockiego, zaś oczywisty dowód na predylekcję do lektury „Rękopisu” znajduje się na stronach autobiograficznej „Tratwy z pomarańczami”, w rysunkowych wariacjach na temat szubienicy Los Hermanos.

„Segretario, inaczej niż Solfatara, zakotwiczony jest już w pejzażu polskim, mieszczańskim, choć wciąż liczne nici – ewokowane na kanwie retrospekcji z biografii Kallimacha – łączą do z kulturą Mediterraneum.  Ale tuż obok życiorysu Kallimacha mamy opowieść o niemieckiej dziewczynie przebranej za młodzieńca przebranej za Żydówkę, przebranej za Laurę, po to, żeby studiować nauki i Kabałę, korzystać z łaźni i mykwy, wniknąć w myśli ukochanego mistrza, uniknąć bezsensownych okrutnych kar schyłku średniowiecza. Jest to opowieść o mistyfikacji,
o pragnieniu wiedzy, o emancypacji wreszcie, o europejskim mieście nad Wisłą, które już u schyłku piętnastego wieku było wcieloną ideą unii – pięć wieków później - stało się modne. Chociaż, trzeba zaznaczyć, nie jest to wcale obraz idylliczny i oczywiście kończy się – niejedną katastrofą.

W rozmowie z Maciejem Henem skupiliśmy się również na ostatniej książce, jeszcze świeżej
i ciepłej – z sierpnia ubiegłego roku, wydanej w Filtrach „Tratwie z pomarańczami”. Gatunek autobiograficzny, wbrew masowej produkcji ostatnich dekad (wielu celebrytów uległo podszeptom swoich smug cienia i ghost writerów), wcale nie jest formą łatwą ani przyjemną – zwłaszcza, jeśli mierzymy się z materią traumatyczną (marzec 68), z ograniczeniami pamięci. „Tratwa z pomarańczami” jak w soczewce skupia główne cechy pisarstwa Hena – lekkość, brak patosu, kontrast, potoczystość, rozmach. Historia wdziera się na mokotowskie podwórka, do szkół i do domów, widzimy i czujemy zarówno wielkie fale uderzeniowe jak i rykoszety, słyszymy dalekie echa i powtarzane w każdym pokoleniu słowa-klucze, rytuały przemocowe. Podwórko, ulica, plac – stanowią pierwotną, niebezpieczną, fizyczną siłę, ale jest również inteligencki dom, przez który przewija się artystyczna, ziemiańska, żydowska historia Warszawy. Literatura, muzyka i sztuka jako schronienie i ceremonie ochronne. Ale ta niebezpieczna siła wcale nie okazuje się być nieatrakcyjna. Bierze ona również udział w kształtowaniu tożsamości i ma charakter formacyjny. Gdyby nie to, bohater „Tratwy” ale też autor „Beatlesów w Polsce” – mamy prawo do analogii, sam autor nas do tego zachęca – nigdy nie zostałby rock’n’rollowcem.

No właśnie, przy okazji: jak to było z tymi Beatlesami w Polsce? Niby nigdy nie przyjechali do kraju nad Wisłą, nie koncertowali (chociaż autor napomyka o częstochowskiej ploteczce; aparat polityczny uznał, że znalazł alternatywę dla rocznicy obchodów Chrztu Polski), a jednak Maciej Hen na niemal sześciuset stronicach opowieści o supergrupie z Liverpoolu dowodzi, że nie musieli wcale przyjeżdżać. Zmienili polską muzykę. Przeniknęli do świadomości wielu pokoleń. Ba, przeorali poletka kulturowe i pola symboliczne. I kto wie, czy to nie właśnie ta czwórka muzyków
z portowego miasta nie zmieniła trajektorii społecznych i politycznych pod drugiej stronie żelaznej kurtyny.

 

fot. A. Ławrywianiec 


Powrót